Bluebay Beach Resort & Spa Kiwengwa

Czas lotu: 9 godzin
Przesunięcie czasu: +1h
Waluta: najlepiej zabrać dolary tylko nowe, wymieniać można w lokalnych kantorach na szyling tanzański (TZS)
1 zł= 600 TZS
1 USD = 2.500 TZS
1 Euro = 2750 TZS
Wiza na 3 miesiące: 50$ na lotnisku lub wcześniej przez internet
Język: suahili, angielski
Szczepienia: nie wymagane
Bezpieczeństwo: bardzo mili i przyjaźni mieszkańcy, nie ma niebezpiecznych zwierząt
Data wyjazdu: 22-29.06.2026r. 

🌴 Czy Zanzibar wciąż zachwyca? Nasz 5. raz na wyspie i szczera recenzja Bluebay Beach Resort & Spa

Wracamy na Zanzibar po raz piąty. Niektórzy pukają się w głowę i pytają: „Serio? Znowu tam? Przecież świat jest taki duży!”. Jasne, jest duży. Ale jeśli szukasz miejsca, gdzie Twoje dzieciaki bezpiecznie biegają po miękkim jak mąka piasku, a Ty w końcu odcinasz się od maili i stresu, Kiwengwa potrafi uzależnić. Po pięciu wizytach na wyspie doskonale wiemy, na co patrzeć, co jest tanią sztuczką pod turystów, a co autentyczną jakością.

Dziś bierzemy na tapet Bluebay Beach Resort & Spa w Kiwengwa. Czy kultowy, pięciogwiazdkowy klasyk wciąż trzyma poziom, czy jedzie już tylko na dawnej opinii? Jeśli planujesz rodzinne wakacje i nie chcesz wtopić budżetu na „raj”, który okaże się logistycznym koszmarem – ten wpis jest dla Ciebie. Odsiewamy marketingowy bełkot i pokazujemy, jak jest naprawdę.

Plaża w Kiwengwa: Pułapka odpływów czy raj na ziemi?

Zacznijmy od tego, co widzisz na folderach reklamowych. Szeroka, biała plaża i turkusowa woda. To prawda – plaża przy Bluebay jest jedną z najpiękniejszych na wyspie. Piasek się nie nagrzewa, więc dzieci nie potrzebują butów do wody na samym brzegu.

Jest jednak jedno „ale”, o którym agencje milczą: oceaniczne odpływy.

W Kiwengwa woda potrafi cofnąć się o kilkaset metrów. Dla jednych to dramat, bo „nie ma gdzie pływać”. Dla nas, jako rodziny, to… plac zabaw. Kiedy woda ucieka, ocean odsłania niesamowite dno. Razem z dzieciakami spacerowaliśmy i podziwialiśmy rozgwiazdy, małe kraby i niesamowite formacje koralowców.

  • Nasza wskazówka: Zamiast narzekać na brak wody, sprawdź aplikację z tabelą przypływów i zaplanuj ten czas na spacer. Jeśli Twoim priorytetem jest pływanie w oceanie 24/7 bez patrzenia na zegarek, ten rejon może Cię zmęczyć. Wybierz wtedy Nungwi lub Kendwa. Jeśli cenisz spokój i naturę – Kiwengwa wygrywa.

Architektura i pokoje: Styl suahili, który ma swój wiek

Bluebay to nie jest nowoczesny, szklany kloc, jakich pełno w Europie. Resort jest urządzony w tradycyjnym stylu suahili – kryte strzechą (makuti) dachy, piękne drewniane meble i ogromny, tropikalny ogród z setkami palm.

My mieszkaliśmy w pokojach typu Superior. Przestronne, czyste, z potężnymi łóżkami z moskitierą (must-have na Zanzibarze). Czy widać tu ząb czasu? Miejscami tak. Łazienki mogłyby przejść odświeżenie, a klimatyzacja bywa głośna. Jednak klimat tego miejsca w pełni to rekompensuje. Zasypianie przy dźwiękach szumiącego ogrodu i oceanu zamiast szumu wielkiego hotelowego agregatu to jest to, za co płacimy.

Jedzenie i obsługa: Hakuna Matata w pełnej krasie

Jeśli oczekujesz obsługi na baczność i kelnerów biegających z prędkością światła – frustracja gwarantowana. Tutaj rządzi Pole Pole (powoli, powoli). Na początku może to irytować, zwłaszcza gdy czekasz na zamówioną kawę. Ale po dwóch dniach łapiesz ten rytm. Przestajesz się spieszyć.

Jedzenie w restauracji głównej jest bardzo poprawne. Duży plus za stacje live cooking, gdzie kucharze na bieżąco smażą świeże ryby i owoce morza złowione o poranku przez lokalnych rybaków. Dla dzieci zawsze znalazł się prosty makaron czy pizza, więc obyło się bez marudzenia. Do tego genialne, dojrzałe w słońcu owoce: mango, marakuja i ananasy smakują tu zupełnie inaczej niż to, co kupujemy w marketach w Polsce.

Dla kogo jest (a dla kogo NIE JEST) Bluebay Beach Resort?

To idealne miejsce dla:

  • Rodzin z dziećmi, które szukają bezpiecznego, zamkniętego resortu z pięknym ogrodem i basenem.

  • Osób szukających autentycznego klimatu Zanzibaru bez rezygnacji z wygód (dobre jedzenie, czystość, spa).

  • Podróżników, którzy chcą odpocząć w ciszy (wieczorne animacje są bardzo kameralne, głównie muzyka na żywo).

Omijaj to miejsce szerokim łukiem, jeśli:

  • Szukasz nowoczesnego, luksusowego designu i marmurów.

  • Chcesz imprezować do białego rana (wtedy kieruj się na północ wyspy).

  • Denerwuje Cię fakt, że na obiad czy drinka trzeba chwilę poczekać.

Po pięciu wizytach na wyspie wiemy jedno: Zanzibar się zmienia i komercjalizuje. Bluebay Beach Resort & Spa jakimś cudem zdołał zachować tę dawną, magiczną atmosferę wyspy przypraw, łącząc ją z dobrym standardem. Tym razem nie organizowaliśmy żadnych wycieczek wcześniej, bo wszystko już widzieliśmy. Postawiliśmy na spontaniczne atrakcje i wszystko co pod ręką. Było dużo bilarda, kitesurfing, ping pong, snorkeling, Wróciliśmy wypoczęci, a dzieciaki już pytają, kiedy znowu lecimy do „naszych palm”.

Nasza ocena hotelu: Hotel bardzo czysty, piękny zadbany ogród. Trafiliśmy na czas pięknej plaży mimo odpływów – monsuny, księżyc itd. Jedzenie bardzo dobre choć dla niektórych mało – przez to nie jadłem trzech obiadów tylko jeden. Atrakcje cały dzień coś, tylko dla mnie za mało muzyki przy basenach. Wieczorem codziennie muzyka na żywo i jak jest dobra ekipa to i potańczyć można. Pokazy masajów i niestety nic więcej z wieczornych show. Dla niektórych to dobrze bo w miarę cicho. Generalnie jeden z nielicznych hoteli do którego bym wrócił.

Zanzibar Bluebay Beach Resort & Spa Kiwengwa – Nasze 7 dni pobytu

Dzień 1: Przyjazd i wieczorne integracje

Nasz kolejny wyjazd rozpoczęliśmy od zameldowania się w hotelu, do którego dotarliśmy około godziny 18:00. Po szybkim rozpakowaniu walizek i odświeżeniu się, od razu ruszyliśmy na pierwsze rozpoznanie terenu. Wieczór sprzyjał spacerom, więc postanowiliśmy połączyć zwiedzanie hotelowych zakamarków z testowaniem lokalnych barów oraz sprawdzeniem strefy basenowej, która po zmroku prezentowała się znakomicie.

Po intensywnym początku przyszedł czas na kolację, a po niej przenieśliśmy się do sali bilardowej. To właśnie tam spotkała nas najlepsza niespodzianka tego dnia. Przy stole bilardowym poznaliśmy Tomka i Krysię, którzy przyjechali z okolic Radomska. Szybko okazało się, że nadajemy na tych samych falach – to niezwykle pozytywnie zakręceni ludzie, dokładnie tak jak my. Od pierwszej chwili złapaliśmy świetny kontakt i od razu przypadliśmy sobie do gustu. Ta spontaniczna znajomość okazała się strzałem w dziesiątkę, bo od tego momentu spędzaliśmy ze sobą czas już każdego kolejnego dnia wyjazdu.

Pierwszy wieczór zakończyliśmy wspólną, genialną imprezą przy hotelowym barze, która przeciągnęła się do samej północy. Lepszego początku tej przygody nie mogliśmy sobie wymarzyć.

Dzień 2: Deszczowe spotkania z naturą, relaks u Big Mama i powrót do wspomnień

Drugi dzień naszej przygody rozpoczęliśmy od niespiesznego śniadania. Kiedy wracaliśmy ze stołówki, pogoda postanowiła spłatać nam figla i zaczął padać deszcz. Taka aura miała jednak swoje plusy, bo wyciągnęła z ukrycia lokalną faunę – na chodniku natknęliśmy się na ogromnego ślimaka, a chwilę później naszą uwagę przykuła zwinna jaszczurka. Deszcz nie odpuszczał również wtedy, gdy przenieśliśmy się na plażę, ale w tych rejonach świata nawet opady mają swój urok i nie przeszkadzają w cieszeniu się wyjazdem.

Skoro pogoda była bardziej barowa niż plażowa, postanowiliśmy postawić na pełen relaks. Udaliśmy się na masaż do słynnej Big Mama. Za przyjemność dla dwóch osób zapłaciliśmy 50 dolarów, co było świetną ceną za dawkę odprężenia, jakiej potrzebowaliśmy. Po masażu nadszedł czas na filiżankę dobrej kawy, po której ruszyliśmy na dłuższy spacer brzegiem morza.

Naszym celem był Kiwengwa Beach Resort – hotel położony około 25 minut marszu w jedną stronę od miejsca, w którym się zatrzymaliśmy. Mamy do niego ogromny sentyment, ponieważ gościliśmy w nim już dwa razy podczas naszych poprzednich podróży na Zanzibar. Miło było znowu zobaczyć stare śmieci i powspominać dawne wyjazdy.

Po powrocie do naszego obecnego hotelu i krótkim odpoczynku nadszedł wieczór, który obfitował w atrakcje. Obejrzeliśmy tradycyjny, niezwykle żywiołowy pokaz Masajów, po którym przyszedł czas na wieczór z muzyką na żywo. Cały dzień, tradycyjnie już w towarzystwie naszych nowych znajomych, zakończyliśmy podsumowującą rozgrywką w bilarda.

Dzień 3: Skutery wodne, przełom na kitesurfingu i nocny skok do basenu

Środę rozpoczęliśmy od samego rana na plaży, korzystając z pięknej pogody. Dzień zapowiadał się aktywnie, więc szybko przeszliśmy do działania i wypożyczyliśmy skutery wodne. Piętnaście minut szaleństwa na falach kosztowało nas 25 dolarów i dało solidny zastrzyk adrenaliny na resztę dnia.

Głównym punktem programu była jednak kontynuacja mojej nauki kitesurfingu. Tym razem trafiłem na naprawdę dobrego, profesjonalnego instruktora, co zmieniło absolutnie wszystko. Odpowiednie podejście i trafne wskazówki przyniosły natychmiastowe efekty. Już po dwóch godzinach intensywnych ćwiczeń byłem w stanie wejść do wody i podjąć realną próbę pływania. Progres, który zrobiłem pod jego okiem, dał mi ogromną satysfakcję.

Południowe emocje postanowiliśmy zrównoważyć popołudniowym, spokojnym spacerem do pobliskiej wioski, aby podejrzeć lokalne życie i zrobić małe zakupy. Udało nam się kupić świeżą rybę oraz pyszne mandarynki dosłownie za grosze.

Po powrocie do hotelu, tradycyjnej partii bilarda i kolacji, w planach mieliśmy wyjście na dyskotekę organizowaną na molo. Plany uległy jednak zmianie, ponieważ nasze grono znajomych znowu się powiększyło. Ostatecznie podjęliśmy decyzję, że zostajemy na miejscu w hotelowym barze. To był strzał w dziesiątkę – tańce przy muzyce na żywo w tak dużej, zgranej grupie skończyły się genialną zabawą, którą zwieńczyliśmy wspólnym, spontanicznym skokiem do basenu o 2:00 w nocy.

Dzień 4: Plażowy relaks, wodne szaleństwo w grupie i spotkanie z Jumą

Czwartek upłynął nam pod znakiem pełnego, nieśpiesznego relaksu. Cały dzień spędziliśmy na plaży, łapiąc słońce i odpoczywając po szalonej, minionej nocy. Dopiero późnym popołudniem, około godziny 16:00, postanowiliśmy podkręcić tempo. Ponownie postawiliśmy na skutery wodne, ale tym razem ruszyliśmy na jet ski w znacznie większym składzie, razem z całą naszą ekipą znajomych. Wspólne pływanie po oceanie dało nam mnóstwo radości i jeszcze bardziej zintegrowało grupę.

O godzinie 18:00 czekało nas bardzo ważne i wyczekiwane spotkanie. Umówiliśmy się z Jumą – naszym zaufanym przewodnikiem, który pokazuje nam Zanzibar już od lat. Zawsze przy okazji kolejnych wizyt na wyspie niezwykle miło jest się spotkać, porozmawiać o tym, co się zmieniło i zaplanować kolejne wspólne trasy.

Po powrocie do hotelu znaleźliśmy czas na szybki turniej ping-ponga, po którym przyszedł czas na wyjątkowy punkt wieczoru – kolację w restauracji japońskiej. Kulinarne wrażenia były świetne, a azjatyckie smaki stanowiły miłą odmianę. Dzień tradycyjnie już zakończyliśmy wspólną imprezą przy hotelowym barze, rozmawiając i bawiąc się do późna.

Dzień 5: Podwodny świat, barmańskie popisy i plażowa afera

Piątek rozpoczęliśmy od porannego wyjścia na plażę. Trafiliśmy na duży odpływ, co stworzyło idealne warunki do snorkelingu. Ocean odsłonił swoje tajemnice, dzięki czemu na dnie pokazało się mnóstwo morskich stworzeń i ciekawych rzeczy do zobaczenia.

Po powrocie z plaży w hotelu czekała na nas świetna atrakcja – profesjonalny pokaz barmański. Nie skończyło się jednak na samym oglądaniu. Każdy z nas miał okazję sprawdzić się w roli barmana i własnoręcznie przygotować drinka według ściśle określonej, lokalnej receptury. Zmiksowanie własnego koktajlu dało sporo frajdy.

Południe upłynęło pod znakiem kolejnego spaceru brzegiem morza. Podczas przechadzki zdecydowaliśmy się na spontaniczny masaż na plaży, tym razem u Angeliki. Relaks był doskonały, ale nie obyło się bez niespodziewanych emocji – na miejscu wybuchła mała afera, ponieważ Big Mama, u której byliśmy wcześniej, zrobiła się potwornie zazdrosna o klientów. Zobaczyliśmy na własne oczy, jak wygląda twarda, plażowa konkurencja.

Popołudniu przyszedł czas na drugą lekcję kitesurfingu. Podtrzymując dobrą passę z poprzednich zajęć, znowu zaliczyłem udany trening na wodzie i utrwaliłem nowo nabyte umiejętności. Cały ten pełen wrażeń dzień zakończyliśmy wspólnie z naszą stałą ekipą znajomych, spędzając długi, udany wieczór na rozmowach i zabawie.

Dzień 6: Upał, jamajskie rytmy i spontaniczna impreza z Masajami

Sobotni poranek przywitał nas niesamowitym upałem, dlatego pierwsze godziny dnia spędziliśmy, chłodząc się w oceanie i odpoczywając na plaży. Popołudniu postanowiliśmy jednak podkręcić tempo. Najpierw ruszyliśmy na wycieczkę zobaczyć rafę i rozgwiazdy (lokalny drewniany katamaran za 30 dolarów za trzy osoby i 2 godziny pływania), następnie skutery wodne, a po powrocie na brzeg daliśmy się zaprosić na małą, niezwykle klimatyczną imprezę u chłopaków ze bazy kitesurfingowej. Spędzenie czasu przy jamajskiej muzyce, w luźnej, surferskiej atmosferze, było świetnym wstępem do tego, co miało wydarzyć się później.

Wieczorem zebraliśmy całą naszą ekipę i ruszyliśmy w stronę molo na długo wyczekiwaną, zaplanowaną dyskotekę. Na miejscu spotkało nas jednak spore rozczarowanie – po drodze okazało się, że molo jest dziś zamknięte z powodu remontu. W grupie od razu spadły morale i pojawiło się spore niezadowolenie, bo nastawialiśmy się na dobrą zabawę.

Wtedy los znowu postawił na naszej drodze niesamowitych ludzi. Na plaży spotkaliśmy Masaja, który widząc naszą sytuację, bez wahania zaprosił nas na lokalną dyskotekę dla lokalsów, położoną poza hotelem. Postanowiliśmy zaryzykować i była to najlepsza decyzja! Wstęp kosztował symbolicznego dolara, a piwo na miejscu było niesamowicie tanie. Nasz nowy masajski znajomy podszedł do sprawy bardzo poważnie i przez całą noc, aż do samego końca imprezy, pełnił rolę naszego osobistego ochroniarza. W pilnowaniu bezpieczeństwa całej grupy dzielnie pomagali mu zresztą jego koledzy. Dzięki nim przeżyliśmy autentyczną, bezpieczną i absolutnie niezapomnianą noc w prawdziwym, zanzibarskim klimacie.

Dzień 7: Plażowe pokazy, botaniczne skarby ogrodu i nocny basen

Niedzielę spędziliśmy na plaży, ciesząc się słońcem i swobodną atmosferą. Wykorzystaliśmy ten czas na zrobienie zakupów u lokalnych sprzedawców, którzy codziennie spacerują wzdłuż brzegu, oferując pamiątki i lokalne rękodzieło. Prawdziwym hitem dnia okazały się jednak spontaniczne pokazy akrobatyczne w wykonaniu tubylców. Ich zręczność, ewolucje na piasku i niesamowita energia przyciągnęły mnóstwo widzów i zrobiły na nas ogromne wrażenie.

Popołudniu postanowiliśmy zmienić otoczenie i wybraliśmy się na spokojny spacer po rozległym ogrodzie na terenie naszego hotelu. To była świetna okazja, aby przyjrzeć się z bliska egzotycznej roślinności. Udało nam się wypatrzyć wiele fascynujących okazów, w tym potężne owoce chlebowca oraz charakterystyczne owoce baobabu. Ogród tonął też w niezliczonych, pięknie kwitnących i intensywnie pachnących kwiatach, co tworzyło niesamowity klimat.

Wieczór upłynął nam pod znakiem tradycyjnej już integracji. Zorganizowaliśmy kolejną udaną imprezę z naszą ekipą, a intensywny dzień zwieńczyliśmy wspólnym skokiem do basenu około godziny 23:00.

Dzień 8: Pożegnanie z wyspą i powrót do domu

Ostatni dzień naszej zanzibarskiej przygody rozpoczął się od spokojnego śniadania, po którym musieliśmy zmierzyć się z najmniej przyjemną częścią każdego wyjazdu – szybkim pakowaniem walizek. Gdy wszystko było już gotowe, wybraliśmy się na ostatni, pożegnalny spacer brzegiem oceanu. Dokładnie w tym momencie pogoda idealnie wpasowała się w nasze nastroje. Niebo zaciągnęło się chmurami i zaczął padać deszcz – wyglądało to tak, jakby Zanzibar dosłownie zapłakał nad naszym odjazdem.

Przed samym opuszczeniem hotelu zrobiliśmy jeszcze jedną, bardzo ważną dla nas rzecz. Wszystkie kosmetyki, które nam pozostały i których nie musieliśmy zabierać z powrotem do Polski, przekazaliśmy ubogiej lokalnej ludności. Na wyspie takie rzeczy są niezwykle cenne, więc wywołały sporo autentycznej radości.

Po załatwieniu wszystkich formalności ruszyliśmy w drogę powrotną do domu, kończąc ten pełen niesamowitych wrażeń, kapitalnych ludzi i spontanicznych przygód wyjazd.