Teneryfa Puerto de la Cruz Sol Costa Atlantis
Czas lotu: 5 godzin
Przesunięcie czasu: +1h
Waluta: Euro
Wiza: brak
Język: hiszpański, angielski
Szczepienia: nie wymagane
Bezpieczeństwo: Bardzo bezpieczny kierunek, mieszkańcy są niezwykle otwarci i pomocni. Na wyspie nie ma niebezpiecznych dla życia dzikich zwierząt czy owadów.
Data wyjazdu: 12.08.2024-20.08.2024r.
Teneryfa: Puerto de la Cruz i Sol Costa Atlantis. Czy warto postawić na zieloną północ?
Kiedy większość turystów ląduje na Teneryfie, od razu kieruje się na południe – do Playa de las Américas czy Costa Adeje, gdzie słońce świeci niemal gwarantowanie, a kurorty przypominają amerykańskie Miami. My jednak postanowiliśmy przekornie wybrać północ, a dokładniej Puerto de la Cruz.
To miasto ma zupełnie inną duszę. Jest zielono, czuć tu autentyczny hiszpański klimat, a zamiast sztucznego piasku, stopy dotykają czarnego, wulkanicznego pyłu. Naszym domem na ten czas stał się czterogwiazdkowy Sol Costa Atlantis – hotel, który widać z niemal każdego punktu nadmorskiej promenady.
Czy wybór północy i tego konkretnego hotelu to był strzał w dziesiątkę? O tym poniżej!
Sol Costa Atlantis – Recenzja bez słodzenia
Hotel należy do znanej sieci Meliá, co zazwyczaj gwarantuje określony standard. Jego największym atutem, który bije na głowę konkurencję, jest lokalizacja. Stoisz na balkonie i widzisz ocean. Wychodzisz z hotelu i po 30 sekundach jesteś na promenadzie Avenida de Colón.
Co nas urzekło, a co mogłoby być lepsze?
Widok z okna: Jeśli rezerwujesz pokój, dopłać do opcji z widokiem na ocean (Sea View). Zasypianie przy dźwiękach potężnych fal uderzających o brzeg i poranny widok na bezkresny Atlantyk są warte każdego Euro.
Basen i SPA: Basen zewnętrzny jest przyjemny, ale prawdziwą perełką jest strefa SPA położona na najwyższym piętrze, przykryta szklaną kopułą. Widok stamtąd podczas relaksu w jacuzzi robi piorunujące wrażenie.
Jedzenie: Śniadania i obiadokolacje w formie bufetu (show cooking) są bardzo poprawne. Duży wybór owoców, lokalnych serów i ryb. Klasyczna, dobra kuchnia śródziemnomorska i kanaryjska, choć przy dłuższym pobycie menu bywa powtarzalne.
Minusy? Hotel ma swoje lata i choć przeszedł modernizację, w niektórych miejscach (zwłaszcza w korytarzach czy windach) czuć powiew minionej epoki. Wieczorami w sezonie bywa też dość tłoczno przy windach.
Puerto de la Cruz – Co zobaczyć w zasięgu spaceru?
Wybierając Sol Costa Atlantis, masz genialną bazę wypadową do pieszych wycieczek. Nie musisz nawet odpalać samochodu, żeby zobaczyć największe hity miasteczka.
| Miejsce | Odległość od hotelu | Dlaczego warto? |
| Lago Martiánez | 100 metrów (tuż obok) | Kompleks ogromnych, sztucznych basenów z solanką oceaniczną, zaprojektowany przez słynnego architekta Césara Manrique. Świetna alternatywa, gdy ocean jest zbyt wzburzony na kąpiel. |
| Playa de Martiánez | 50 metrów | Czarna, wulkaniczna plaża tuż pod hotelem. Uwaga: to mekka surferów, fale bywają tu potężne, a dno jest kamieniste. |
| Playa Jardín | ok. 2 km (spacer promenadą) | Przepiękna, wręcz ikoniczna czarna plaża otoczona ogrodami botanicznymi i palmami. |
| Stare Miasto i Plaza del Charco | ok. 1 km | Serce Puerto de la Cruz. Pełne klimatycznych knajpek, gdzie warto usiąść na kawę barraquito lub spróbować lokalnych ziemniaczków papas arrugadas z sosami mojo. |
Północ jako baza wypadowa na Teneryfie
Wiele osób boi się północy ze względu na „mikroklimat” – faktycznie, nad Puerto de la Cruz częściej wiszą chmury niż nad Las Cristianos, a wilgotność powietrza jest wyższa (dzięki czemu wszystko wokół kwitnie!). Jeśli jednak planujesz aktywne zwiedzanie, to właśnie stąd masz najbliżej do miejsc, które na Teneryfie robią największe wrażenie:
Anaga Rural Park – Prastary, mglisty las laurowy, który wygląda jak plan filmu „Park Jurajski”. Z Puerto de la Cruz dojedziesz tam w niecałą godzinę.
Wulkan Teide – Trasa z północy przez lasy Esperanza jest uważana za najbardziej malowniczą drogę na wulkan.
La Orotava – Przepiękne, kolonialne miasteczko z charakterystycznymi drewnianymi balkonami, położone tuż nad Puerto.
Podsumowując: Sol Costa Atlantis w Puerto de la Cruz to idealny wybór dla podróżników, którzy od hotelowych animacji wolą wieczorny spacer klimatycznymi uliczkami, szum prawdziwego oceanu i bliskość dzikiej przyrody. Jeśli szukasz autentycznych Kanarów, a nie tylko słońca i betonu – polubisz to miejsce od pierwszego dnia.
Wycieczki i atrakcje
Przed wyjazdem dużo czytaliśmy i przygotowaliśmy plan wycieczek. Postanowiliśmy wynająć samochód i zwiedzać na własna rękę we własnym tempie i to co nam się podoba. Jedynym problemem było miejsce do parkowania – zawsze ciężko było znaleźć kawałek na samochód.
Teneryfa – Nasze 7 dni pobytu
Dzień 1: Witaj Teneryfo! Przylot, czarny deptak i pierwsze spotkanie z Atlantykiem
Nareszcie! Po kilku godzinach spędzonych w chmurach, koła samolotu z głośnym piskiem dotykają pasa startowego. Meldujemy się na Teneryfie! Z lotniska kierujemy się prosto na zieloną północ wyspy, do naszego głównego celu – Puerto de la Cruz.
Gdy tylko dojeżdżamy na miejsce, od razu rzuca nam się w oczy potężna, geometryczna bryła naszego hotelu: Sol Costa Atlantis. Szybkie, sprawne zameldowanie, rzucamy walizki w kąt pokoju, otwieramy szeroko okno i… dociera do nas ten niesamowity, głośny szum. Tak, to potężne fale Atlantyku rozbijają się dosłownie kilkadziesiąt metrów od nas!
Nie ma czasu do stracenia, szkoda dnia na siedzenie w pokoju. Zmieniamy buty na wygodniejsze i ruszamy w miasto!
Pierwszy spacer: Avenida de Colón
Wychodzimy z hotelu i od razu wchodzimy na przepiękny, szeroki deptak ciągnący się wzdłuż oceanu. Pierwsze wrażenie? Magia! Z jednej strony surowe, spienione fale uderzające o czarne, wulkaniczne skały, a z drugiej – tętniące życiem miasteczko.
Promenada jest niesamowicie klimatyczna. Mijamy:
Mnóstwo urokliwych sklepików z pamiątkami, lokalnymi rzemiosłami i letnimi ubraniami (ciężko się powstrzymać, żeby od razu czegoś nie kupić!).
Kawiarnie, z których unosi się zapach świeżo parzonej kawy i hiszpańskich churros.
Palmy delikatnie szumiące na wietrze, które od razu przełączają nasz mózg w tryb „totalny urlop”.
Spacerujemy bez pośpiechu, chłonąc czyste, oceaniczne powietrze i ciesząc się przyjemnym ciepłem. To idealne przywitanie z wyspą i zapowiedź genialnych wakacji. Wieczorem wracamy do Sol Costa Atlantis, odpalamy z balkonu widok na nocny ocean i już nie możemy się doczekać, co przyniesie kolejny dzień!
Dzień 2: Oceaniczne szaleństwo w Lago Martiánez, czyli baseny z widokiem na potęgę Atlantyku
Po genialnej, przespanej nocy przy otwartym oknie i szumie fal w Sol Costa Atlantis, poranek przywitał nas pięknym, kanaryjskim słońcem. Szybkie, pożywne śniadanie w hotelu, kawa na tarasie i plan na dziś mógł być tylko jeden. Nie musieliśmy daleko szukać – z okien naszego hotelu dosłownie widać dzisiejszy cel. Ruszamy do słynnego kompleksu Lago Martiánez!
To miejsce to absolutne arcydzieło i wizytówka Puerto de la Cruz. Ponieważ ocean na północy Teneryfy bywa niezwykle kapryśny, surowy i ma potężne prądy, genialny kanaryjski architekt César Manrique zaprojektował coś niesamowitego – gigantyczny kompleks basenów ze słoną, oceaniczną wodą, wkomponowany w naturalne, wulkaniczne skały.
Egzotyczna oaza na środku wybrzeża
Wchodzimy do środka i od razu opadają nam szczęki. Kompleks jest gigantyczny! Całość wygląda jak luksusowa, zielona oaza:
Lazurowa woda genialnie kontrastuje z czarnymi, wulkanicznymi kamieniami i śnieżnobiałymi murkami.
Wokół rosną setki palm, rzeźb i tradycyjnej kanaryjskiej roślinności, które idealnie wtapiają się w krajobraz.
Centralnym punktem jest potężne, sztuczne jezioro z wielką fontanną, z której woda tryska wysoko w górę.
Woda w basenach jest filtrowana prosto z oceanu, więc jest przyjemnie rześka i niesamowicie czysta. Najlepsze jest jednak to, że leżąc na leżaku, od potężnych, spienionych fal Atlantyku dzieli Cię zaledwie kilkumetrowy falochron. Efekt jest niesamowity – słyszysz potęgę uderzających o skały mas wody, widzisz fontanny piany unoszące się w powietrzu, a sam bezpiecznie i spokojnie dryfujesz w lazurowym basenie. Totalny relaks!
Dzień pod znakiem pełnego resetu
Spędziliśmy tu niemal cały dzień, krążąc między kolejnymi basenami, wyspami i odpoczywając w cieniu palm. Dzieciaki (i dorośli też!) mają tu mnóstwo frajdy. Na miejscu bez problemu można też zjeść coś lokalnego w tutejszych barach – chłodne napoje i widok na bezkresny ocean dopełniają całości.
Coś pięknego. Po całym dniu spędzonym na słońcu i w słonej wodzie, wracamy do naszego Sol Costa Atlantis (dosłownie minuta spacerem, co jest genialnym udogodnieniem!). Szybki prysznic, krótki odpoczynek i wieczorem znów ruszamy na deptak, żeby wykorzystać dzień do końca.
Teneryfa północna kupiła nas już drugiego dnia!




Dzień 3: Wielkie emocje w Loro Parque i legendarne Smocze Drzewo w Icod de los Vinos
Trzeci dzień naszej kanaryjskiej przygody zapowiadał się niezwykle intensywnie, więc nie marnowaliśmy czasu. Pobudka z samego rana, szybkie śniadanie i ruszamy w drogę! Przed nami dwa absolutne hity północnej Teneryfy: najsłynniejszy park zoologiczny na świecie oraz miasteczko, w którym czas zatrzymał się setki lat temu.
Poranna misja: Loro Parque!
Kto planuje wizytę w Loro Parque, ten wie, że logistyka i parkowanie pod samym wejściem w sezonie graniczą z cudem. Nam jednak dopisało ogromne szczęście! Wyruszyliśmy na tyle wcześnie, że bez żadnego stresu udało nam się zaparkować auto pod samym Loro Park. Idealny początek dnia!
Samo miejsce to o wiele więcej niż zwykłe zoo – to potężny, niesamowicie zadbany ogród botaniczno-zoologiczny z bujną, tropikalną roślinnością, stylizowany na tajską wioskę. Spędziliśmy tam kilka dobrych godzin, krążąc od jednej atrakcji do drugiej. Program dnia ułożyliśmy pod słynne pokazy, z których każdy trwa około 30 minut:
Pokaz orek – potężne ssaki i zapierające dech w piersiach akrobacje (pierwsze rzędy, tzw. Splash Zone, wychodzą z tego kompletnie mokre! 😂).
Pokaz delfinów – niesamowita harmonia, inteligencja tych zwierząt robi ogromne wrażenie.
Lwy morskie – dawka potężnego humoru, te zwierzaki to urodzeni aktorzy!
Pokaz papug – od których przecież zaczęła się cała historia parku (Loro to po hiszpańsku papuga).
Do tego gigantyczne akwarium z tunelem pod rekinami i fantastyczne Planet Penguin, gdzie setki pingwinów żyją na prawdziwym, sypiącym z sufitu śniegu. Magia!
Popołudniowy klimat w Icod de los Vinos
Po tak intensywnych godzinach i solidnym obiedzie, spakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy dalej na zachód, do kolonialnego miasteczka Icod de los Vinos.
Główny cel? Zobaczyć żywą legendę Teneryfy – El Drago Milenario, czyli legendarne Smocze Drzewo. Choć z botanicznego punktu widzenia to nie drzewo, a gigantyczna dracena, jej wiek szacuje się na kilkaset (a niektórzy twierdzą, że nawet tysiąc!) lat. Na żywo ten potężny, rozłożysty pień i korona wyglądają wręcz majestatycznie – jak coś rodem z filmu fantasy.
Samo Icod urzekło nas swoim spokojnym, sielskim klimatem. Po spacerze wokół placu Andrés de Lorenzo Cáceres i podziwianiu tradycyjnej, kanaryjskiej architektury z drewnianymi balkonami, usiedliśmy w jednej z lokalnych bodeg. Północ wyspy słynie z genialnego wina (szczególnie ze szczepu Malvasia, którym zachwycał się już Szekspir), więc nie mogliśmy odmówić sobie krótkiej degustacji.
Do hotelu Sol Costa Atlantis wróciliśmy wieczorem, padnięci, ale z głowami pełnymi niesamowitych wspomnień. To był dzień pełen wrażeń!
Dzień 4: Stolica, afrykański piasek na Playa de las Teresitas i tajemnicze Piramidy w Güímar
Czwartek przywitał nas idealną pogodą na dalszą eksplorację wyspy. Po obowiązkowym śniadaniu z widokiem na wzburzony Atlantyk w naszym Sol Costa Atlantis, spakowaliśmy ręczniki, odpaliliśmy samochód i ruszyliśmy na wschód. Dzisiejszy plan to miks miejskiego klimatu, rajskiej plaży i historycznych zagadek!
Przystanek 1: Santa Cruz de Tenerife – Stolica z charakterem
Naszym pierwszym celem była stolica wyspy – Santa Cruz. To nowoczesne, tętniące życiem miasto, które zupełnie różni się od turystycznych kurortów. Przespacerowaliśmy się eleganckimi uliczkami, mijając klimatyczne place, takie jak Plaza de España, i podziwiając niesamowitą architekturę Auditorio de Tenerife – futurystycznej opery tuż nad brzegiem oceanu, która swoim kształtem przypomina gigantyczną falę lub żagiel. Miasto ma świetny, hiszpański klimat, ale słońce zaczęło mocniej przygrzewać, więc nadszedł czas na plażowanie!
Przystanek 2: Playa de las Teresitas – Sahara na Teneryfie
Zaledwie kilka kilometrów na północ od stolicy, tuż u podnóża surowych gór Anaga, znajduje się prawdopodobnie najbardziej fotogeniczna plaża na wyspie – Playa de las Teresitas.
Co w niej takiego wyjątkowego? Jako jedna z niewielu na Teneryfie nie ma czarnego, wulkanicznego piasku. W latach 70. sprowadzono tutaj miliony worków złocistego piasku prosto z Sahary! Efekt robi piorunujące wrażenie:
Złoty piasek i setki posadzonych palm kokosowych tworzą iście karaibski krajobraz.
Woda w zatoce jest spokojna i idealna do kąpieli, dzięki wybudowanemu wzdłuż brzegu długiemu falochronowi, który zatrzymuje duże fale Atlantyku.
Rozłożyliśmy koce, wskoczyliśmy do wody i zaliczyliśmy zasłużony, totalny relaks z widokiem na potężne, zielone zbocza górskie. Coś pięknego!
Przystanek 3: Piramidy w Güímar – Kanaryjska zagadka historii
Po południu, wracając powoli w stronę naszej bazy, zboczyliśmy z trasy do miejscowości Güímar, aby zobaczyć jedną z największych tajemnic archeologicznych archipelagu – Piramidy w Güímar.
Znajduje się tutaj sześć schodkowych, prostokątnych konstrukcji, które do złudzenia przypominają piramidy budowane przez Majów czy Azteków w Meksyku! Do dziś badacze głowią się, kto i po co je wzniósł. Słynny norweski podróżnik Thor Heyerdahl uważał, że to dowód na starożytne podróże transoceaniczne i że wznieśli je rdzenni mieszkańcy wyspy – Guanczowie. Spacer po parku etnograficznym, muzeum i pięknym ogrodzie botanicznym pełnym jadowitych roślin dał nam sporo do myślenia.
Do Puerto de la Cruz i naszego hotelu wróciliśmy pod wieczór, idealnie na pyszną kolację. Nogi trochę bolą od chodzenia, ale uśmiech z twarzy nie schodzi. Kolejny genialny dzień za nami!
Dzień 5: Legendarna Masca, potężne Los Gigantes i słoneczne Playa de las Américas
Piąty dzień to była absolutna petarda i trasa, na którą czekaliśmy od samego początku wyjazdu. Dzisiaj ruszyliśmy na podbój zachodniego i południowego wybrzeża Teneryfy. Czekały na nas zakręty mrożące krew w żyłach, gigantyczne klify i zupełnie inny, kurortowy klimat wyspy. Pasiaste drogi i piękne widoki – ruszamy!
Przystanek 1: Wioska Masca – Ukryty świat w sercu gór Teno
Wyruszyliśmy z Puerto de la Cruz wcześnie rano, aby pokonać słynną, ekstremalną drogę TF-436 zanim pojawią się na niej autokary turystyczne. Droga do Masca to jazda bez trzymanki – dziesiątki serpentyn, agrafek tak ciasnych, że trzeba składać lusterka, i przepaście tuż za krawędzią asfaltu. Emocje za kółkiem gwarantowane!
Gdy jednak dojeżdża się na miejsce, wszelki stres znika. Masca, nazywana często „kanaryjskim Machu Picchu”, to maleńka wioska zawieszona na grani potężnego wąwozu, otoczona strzelistymi, wulkanicznymi szczytami i palmami. Widok na charakterystyczną, ostro zakończoną skałę pośrodku doliny zapiera dech w piersiach. Spacer wąskimi, kamiennymi ścieżkami wśród tradycyjnych domków i kaktusów sprawia wrażenie, jakbyśmy przenieśli się do zupełnie innego, zaginionego świata.
Przystanek 2: Acantilados de Los Gigantes – Ściany Olbrzymów
Z Maski zjechaliśmy w dół, prosto w stronę wybrzeża, do miasteczka Los Gigantes. Naszym celem były potężne, pionowe klify, które rdzenni mieszkańcy wyspy (Guanczowie) uważali za „Ścianę Piekieł”.
I trudno im się dziwić! Te bazaltowe ściany strzelają pionowo z oceanu na wysokość nawet 600 metrów! Usiedliśmy w porcie z widokiem na te monumentalne kolosy, popijając chłodne napoje. Ogrom tych skał w zestawieniu z malutkimi jachtami kołyszącymi się na wodzie robi piorunujące wrażenie na żywo. Żadne zdjęcia nie oddają tej potęgi natury.
Przystanek 3: Playa de las Américas – Słońce i kalifornijski chillout
Na koniec dnia zmieniliśmy klimat o 180 stopni i wjechaliśmy do imprezowego serca południa – Playa de las Américas.
Jeśli północ wyspy wokół naszego Puerto de la Cruz jest zielona, spokojna i kolonialna, to tutaj rządzi zupełnie inna energia. Szerokie, palmo-drzewne aleje, nowoczesne hotele, amerykański styl i mnóstwo surferów łapiących fale na tutejszych mieliznach. Zrobiliśmy długi spacer wzdłuż wybrzeża, zjedliśmy świetny obiad i po prostu chłonęliśmy ten gwar i wakacyjny luz, brodząc w ciepłym oceanie. Słońce świeci tu wyjątkowo mocno!
Po całym dniu pełnym tak skrajnych wrażeń – od surowych, mglistych gór po hałaśliwy, słoneczny kurort – wróciliśmy wieczorem do naszego cichego Sol Costa Atlantis. Kolejne kilometry na liczniku i kolejne niesamowite wspomnienia do kolekcji.
Dzień 6: Zasłużony reset – zakupowe szaleństwo i relaks nad basenem w Sol Costa Atlantis
Po pięciu dniach intensywnego zwiedzania, pokonywania górskich serpentyn, spacerów po miastach i odkrywania tajemnic Teneryfy, nasz licznik kilometrów i kroków zaczął bić rekordy. Dzisiejszy poranek przywitał nas dokładnie tak, jak tego potrzebowaliśmy – bez pośpiechu, bez budzika i bez nerwowego sprawdzania mapy. Szósty dzień naszej kanaryjskiej przygody ogłosiliśmy oficjalnym dniem pełnego luzu i regeneracji!
Poranek pod znakiem „Shoppingu”
Po długim, leniwym śniadaniu w hotelowej restauracji, ruszyliśmy na miasto z konkretną misją: prezenty, pamiątki i lokalne smakołyki. Nasz ulubiony deptak Avenida de Colón oraz urokliwe uliczki Puerto de la Cruz, które mijaliśmy codziennie, dziś stały się głównym celem.
Wyspy Kanaryjskie mają specyficzny status podatkowy, dzięki czemu zakupy tutaj to czysta przyjemność. Co trafia do naszych toreb?
Lokalne specjały: Prawdziwy kanaryjski sos mojo rojo oraz mojo verde, bez których nie wyobrażamy sobie powrotu do domu, lokalny miód z kaktusa oraz likier bananowy.
Kosmetyki z Aloe Vera: Teneryfa słynie z plantacji aloesu. Tutejsze kremy i żele ze świeżego aloesu są genialnej jakości – idealna pamiątka dla bliskich (i dla nas na złagodzenie kanaryjskiego słońca!).
Pamiątki i ubrania: Szybka rundka po sklepach odzieżowych i butikach w poszukiwaniu letnich nowości, a dla syna – klasyczne pamiątki z motywem wulkanu Teide i Loro Parque.
Popołudnie: Leżak, basen i totalny chillout
Gdy torby były już pełne, wróciliśmy do naszego Sol Costa Atlantis i przenieśliśmy się do strefy basenowej. Dopiero dzisiaj w pełni doceniliśmy, jak genialnie zaprojektowany jest ten hotel. Wskoczyliśmy w stroje kąpielowe, zamówiliśmy chłodne drinki w barze i rozłożyliśmy się na wygodnych leżakach.
Reszta dnia minęła nam na absolutnym lenistwie:
Kąpiele w przyjemnie chłodnej wodzie basenu z widokiem na górujący nad nami hotel.
Czytanie książek i przeglądanie setek zdjęć, które zrobiliśmy przez ostatnie dni.
Słuchanie szumu oceanu, który uderzał o skały tuż za hotelem – leżąc bezpiecznie na hotelowym tarasie, ten dźwięk działa niesamowicie uspokajająco.
Pod wieczór, w ramach zwieńczenia tego leniwego dnia, wjechaliśmy jeszcze windą na najwyższe piętro, żeby rzucić okiem na szklaną kopułę tutejszego SPA i podziwiać zachód słońca nad Atlantykiem z góry. Widok zapierał dech w piersiach!
Po tak cudownym resecie nasze baterie zostały naładowane w stu procentach. Jesteśmy gotowi na kolejne wyzwania i nowe trasy!
Dzień 7: Ostatnie pluskanie, pożegnalny spacer i pakowanie walizek. Czas wracać!
Wszystko, co dobre, szybko się kończy – nadszedł ten moment wyjazdu, którego nikt z nas nie lubi. Nasz tydzień na Teneryfie nieubłaganie dobiegał końca. Dzisiejszy dzień był idealną klamrą kompozycyjną tych wakacji. Postanowiliśmy spędzić go bez pośpiechu, wyciskając z ostatnich godzin w Puerto de la Cruz tyle, ile tylko się da, i chłonąc kanaryjski klimat na zapas.
Poranne łapanie słońca przy basenie
Dzień zaczęliśmy od ostatniego, pysznego śniadania w Sol Costa Atlantis. Potem od razu wskoczyliśmy w stroje kąpielowe i zameldowaliśmy się przy hotelowym basenie. Choć w głowie powoli tliła się już myśl o pakowaniu walizek, postanowiliśmy totalnie się odciąć.
Ostatnie skoki do wody, chwila relaksu na leżaku z widokiem na palmy i wystawianie twarzy do zjawiskowego, kanaryjskiego słońca, którego w Polsce tak bardzo nam brakuje. Każde uderzenie fali o falochron za hotelem brzmiało dzisiaj jakoś inaczej – jakby ocean też żegnał się z nami przed wylotem.
Ostatni spacer po magicznym deptaku
Po obiedzie ruszyliśmy na nasz ostatni, pożegnalny spacer wzdłuż brzegu po pięknym deptaku Avenida de Colón. Przeszliśmy go dzisiaj bardzo powoli, zatrzymując się przy miejscach, które przez ten tydzień stały się nam tak bliskie.
Mijaliśmy tętniące życiem sklepiki, z których ulatniała się wakacyjna muzyka, znajome kawiarnie i surferów, którzy niezmiennie, z niesamowitą pasją walczyli z falami na Playa de Martiánez. Kupiliśmy jeszcze ostatnie, drobne pamiątki, zjedliśmy genialne lody i po prostu staliśmy dłuższą chwilę przy barierce, patrząc na bezkresny, błękitny Atlantyk. Północ Teneryfy ma w sobie coś tak magnetycznego, że człowiek od razu zaczyna planować, kiedy tu wróci.
Pakowanie i pożegnanie z Sol Costa Atlantis
Późnym popołudniem wróciliśmy do pokoju, by zmierzyć się z największym wyzwaniem każdego podróżnika: upchnięciem ubrań, sosów mojo, aloesów i pamiątek do walizek. Tradycyjnie – było ciężko, ale misja zakończyła się pełnym sukcesem!
Wieczorem, siedząc na balkonie i patrząc na rozświetloną promenadę Puerto de la Cruz, zrobiliśmy szybkie podsumowanie. To były niesamowite wakacje. Przepiękna, zielona północ, potężne góry, zapierające dech w piersiach klify i hotel, który okazał się genialnym wyborem. Teneryfo – byłaś dla nas wspaniała!