Belle Mare Emeraude Beach Attitude Mauritius
Czas lotu: ok. 11 godzin (zależnie od przesiadek)
Przesunięcie czasu: +2h (lato), +3h (zima)
Waluta: rupia maurytyjska (MUR), ale w wielu miejscach można płacić kartą i dolarami
Wiza: bezpłatna (pieczątka wjazdowa na lotnisku dla obywateli Polski)
Język: angielski, francuski, kreolski
Szczepienia: nie wymagane
Bezpieczeństwo: bardzo mili i przyjaźni mieszkańcy, nie ma niebezpiecznych zwierząt
Data wyjazdu: 10.01.2020 – 22.01.2020r.
Belle Mare Emeraude Beach Attitude Mauritius 🌴✨
Kiedy w Europie panuje środek zimy, szare dni i mróz, na Mauritiusie styczeń to pełnia lata – idealny moment na ucieczkę do prawdziwego raju. Przenieśmy się wspomnieniami do stycznia 2020 roku, tuż przed tym, jak świat na chwilę się zatrzymał. To były wyjątkowe wakacje na wschodnim wybrzeżu wyspy, w urokliwym, butikowym hotelu Emeraude Beach Attitude (obecnie działającym po rebrandingu pod nazwą Sunrise Attitude) w miejscowości Belle Mare.
Oto jak wyglądał ten rajski urlop i dlaczego to miejsce na długo zapada w pamięć.
Kameralny azyl w mauretańskim stylu
Wybierając hotel na Mauritiusie, łatwo trafić na ogromne, przytłaczające resorty. Emeraude Beach Attitude urzekał czymś zupełnie innym – kameralną atmosferą i lokalnym, autentycznym klimatem (Otentik Attitude). Kryte strzechą dachy, otwarty koncept lobby i wszechobecna zieleń sprawiały, że od pierwszej minuty można było poczuć wyspiarski luz.
Styczeń na Mauritiusie to czas, kiedy temperatura regularnie przekracza 30°C, a wilgotność powietrza jest wysoka. Chłodny drink na bazie lokalnego rumu serwowany przy hotelowym basenie był najlepszym sposobem na aklimatyzację.
Plaża Belle Mare – turquoise w czystej postaci
Choć hotel nie leżał bezpośrednio przy samej linii brzegowej, od słynnej plaży Belle Mare dzieliło go zaledwie przejście przez mało uczęszczaną, nadmorską drogę. A tam? Widok, który dosłownie zapierał dech w piersiach.
Belle Mare to jedna z najpiękniejszych plaż na Mauritiusie. Charakteryzuje się:
Długim, szerokim pasem białego, drobnego piasku – idealnym na poranne lub wieczorne spacery.
Płytką, spokojną laguną – chronioną przez barierę koralową, co sprawiało, że woda miała intensywnie turkusowy kolor i była ciepła jak woda w wannie.
Cieniem drzew kazuarynowych – które dawały naturalne schronienie przed palącym, styczniowym słońcem.
W styczniu 2020 roku plaża była cudownie pusta. Brak tłumów pozwalał na pełen relaks i podziwianie lokalnych rybaków oraz spektakularnych wschodów słońca, z których słynie wschodnie wybrzeże.
Smaki Mauritiusa i koncept Otentik
Jednym z największych plusów pobytu w tym hotelu było jedzenie. Kuchnia mauretańska to fascynujący miks wpływów kreolskich, indyjskich, francuskich i chińskich.
W ramach hotelowego konceptu można było spróbować m.in. tradycyjnego curry z kurczakiem i krewetkami, podawanego z plackami roti, czy świeżych owoców morza. Genialnym pomysłem był też Otentik Dinner – kolacja u rodziny jednego z pracowników hotelu, która pozwalała poznać prawdziwe życie mieszkańców wyspy, ich gościnność i domowe receptury.
Co warto było zobaczyć w okolicy?
Choć plaża w Belle Mare kusiła, by nie ruszać się z leżaka, styczeń to świetny czas na eksplorację wyspy. Kilka punktów, które idealnie dopełniły ten wyjazd:
Rejs katamaranem na Île aux Cerfs – rajską wysepkę z jeszcze bardziej spektakularnymi mieliznami.
Park Narodowy Przełomu Czarnej Rzeki (Black River Gorges) – zielone, górzyste serce wyspy, oferujące wytchnienie od upałów.
Ziemia Siedmiu Kolorów w Chamarel – unikalne formacje koralowe mieniące się promieniami słońca.
Podsumowanie: Czy warto wracać wspomnieniami do stycznia 2020?
Z perspektywy czasu, styczeń 2020 roku w Belle Mare był magicznym momentem. Emeraude Beach Attitude oferował idealny balans pomiędzy dobrą ceną, świetną jakością i autentycznym doświadczeniem Mauritiusa bez zadęcia. Ciepły ocean, szum palm i zapach kreolskich przypraw to wspomnienia, które potrafią rozgrzać w każdy, nawet najbardziej mroźny zimowy wieczór.
Przed wyjazdem dużo czytaliśmy, bo to był nasz pierwszy tak daleki wyjazd i przygotowaliśmy plan wycieczek. Dowiedzieliśmy się że na miejscu są bardzo tanie taksówki, a każdy kierowca jest przewodnikiem. Za cały dzień jazdy po okolicy zapłaciliśmy 200zł za 4 osoby.
Belle Mare Emeraude Beach Attitude Mauritius– Nasze 11 dni pobytu
Dzień 1: Pierwszy kontakt z rajem, spacer do Long Beach i wieczorny taniec Sega
Po długiej podróży i zameldowaniu w naszym kameralnym Emeraude Beach Attitude, nie zamierzaliśmy marnować ani minuty. Choć wysoka, styczniowa temperatura i wilgotność powietrza od razu dały o sobie znać, chęć zobaczenia oceanu była silniejsza niż zmęczenie. Szybkie rozpakowanie walizek, wskoczenie w luźne letnie ciuchy i ruszamy na plażę!
Kilometry białego piasku: Spacer w kierunku Long Beach
Wystarczyło przejść przez lokalną drogę, by stanąć na słynnej plaży Belle Mare. Pierwsze wrażenie? Absolutny zachwyt. Turkus wody wręcz raził w oczy, a drobny, biały piasek był niesamowicie przyjemny pod stopami.
Postanowiliśmy rozprostować nogi po locie i ruszyliśmy na długi spacer wzdłuż wybrzeża w kierunku północnym, mijając luksusowy hotel Long Beach Mauritius.
Niezadeptany raj: Co nas zaskoczyło w styczniu 2020 roku, to niesamowity spokój. Plaża była szeroka, pusta, a jedynym dźwiękiem był szum fal rozbijających się o barierę koralową w oddali oraz szelest drzew kazuarynowych.
Lokalny klimat: Po drodze mijaliśmy tylko pojedynczych mieszkańców i nielicznych turystów. Spacer wzdłuż luksusowych resortów uświadomił nam, jak pięknym i zróżnicowanym kawałkiem świata jest Mauritius. Ciepły ocean co chwilę obmywał nasze stopy – to było dokładnie to, czego potrzebowaliśmy w środku zimy.
Wieczór w rytmie Sega: Kulturowy debiut
Po powrocie do hotelu, pysznej kolacji pełnej kreolskich aromatów i obowiązkowym drinku na bazie mauretańskiego rumu, czekała na nas niespodzianka. W hotelowym ogrodzie zorganizowano pokaz tradycyjnego tańca Sega.
Sega to muzyczne serce Mauritiusa, wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. Taniec ten, wywodzący się z czasów niewolnictwa, jest niezwykle ekspresyjny, pełen energii, zmysłowych ruchów bioder i wykonywany przy dźwiękach tradycyjnych instrumentów, takich jak bęben ravanne.
Kolorowe stroje tancerek, rytmiczny dźwięk bębnów i niesamowita energia artystów sprawiły, że zmęczenie podróżą nagle minęło. Lokalni tancerze szybko porwali gości – w tym i nas – do wspólnej zabawy na piasku. Nie było lepszego sposobu na przypieczętowanie naszego pierwszego dnia w tym raju. Mauritius przywitał nas najpiękniej, jak potrafił!
Dzień 2: Podwodny świat Mauritiusa, czyli glass boat i snurkowanie w lagunie
Drugi dzień na Mauritiusie przywitał nas pięknym, styczniowym słońcem. Po pysznym, leniwym śniadaniu w cieniu palm, przyszedł czas na to, na co czekaliśmy najbardziej – bliższe spotkanie z Oceanem Indyjskim i jego podwodnymi mieszkańcami.
Laguna w Belle Mare, chroniona przez barierę koralową, aż się prosiła o eksplorację. Postanowiliśmy to wykorzystać i wypożyczyliśmy łódź ze szklanym dnem (glass boat).
Podglądanie rafy przez szklane dno
Wypłynięcie glass boat to genialna opcja, żeby zobaczyć, co kryje się pod taflą wody, jeszcze zanim na dobre się zmoknie. Sunąc po spokojnej, turkusowej lagunie, przez szklane okna w dnie łodzi obserwowaliśmy zmieniający się krajobraz:
Formacje koralowe: Choć gdzieniegdzie widać było zniszczenia rafy (z którymi zmaga się cały świat), to wciąż podwodne ogrody robiły ogromne wrażenie swoimi kształtami.
Festiwal kolorów: Co chwilę pod łodzią przemykały ławice kolorowych ryb, od małych, neonowych sztuk po większe, charakterystyczne dla tych ciepłych wód gatunki.
Dla kogoś, kto kocha wodę, taki widok to tylko zaostrzenie apetytu. Kapitan doskonale o tym wiedział i po kilkunastu minutach dopłynął do idealnego miejsca na właściwą przygodę.
Snurkowanie w Oceanie Indyjskim: Twarzą w twarz z naturą
Kiedy łódź się zatrzymała, nie trzeba nas było dwa razy namawiać. Maski na twarz, rurki w usta, płetwy na nogi i wskakujemy do oceanu! Woda w styczniu miała genialną temperaturę – była tak ciepła, że można by z niej nie wychodzić przez godziny.
Snurkowanie na Mauritiusie bezpośrednio z łodzi daje niesamowite poczucie wolności. Wokół nas roztaczał się błękit, a przejrzystość wody pozwalała dostrzec każdy detal na dnie.
Pływanie wśród setek ryb, które kompletnie nie bały się ludzi, było niesamowitym przeżyciem. Udało nam się wypatrzyć między innymi charakterystyczne ryby-motyle, papugoryby oraz ukryte w zakamarkach rafy jeżowce. Spokojny nurt i bezpieczna odległość od otwartego oceanu sprawiły, że to snurkowanie było czystą, niczym niezmąconą przyjemnością.
Do hotelu wróciliśmy cudownie zmęczeni, z solą morską na skórze i uśmiechami od ucha do ucha. Popołudnie spędziliśmy na relaksie na plaży, wciąż nie mogąc uwierzyć, jak piękny potrafi być ten zakątek świata.




Dzień 3: Spacer do miasteczka Belle Mare. Mauritius od kuchni i bez filtra
Po dwóch dniach spędzonych głównie na plaży i w oceanie, trzeciego dnia postanowiliśmy nieco zmienić perspektywę. Chcieliśmy zobaczyć, jak wygląda codzienne życie na Mauritiusie poza murami resortów. Nasz cel na styczeń popołudnie? Spacer do pobliskiego, lokalnego miasteczka Belle Mare.
Zamiast iść plażą, tym razem wybraliśmy drogę, aby poczuć prawdziwy klimat i zobaczyć architekturę, mniejsze biznesy oraz codzienność mieszkańców.
Poza turystycznym szlakiem
Spacer w styczniowym słońcu wymagał zabrania sporego zapasu wody, ale każdy krok był tego warty. Belle Mare to nie jest typowy, skomercjalizowany kurort pełen ekskluzywnych butików – i to właśnie było w nim najpiękniejsze. To mała, autentyczna wioska, w której życie toczy się swoim własnym, niespiesznym rytmem.
Co najbardziej zapadło nam w pamięć podczas tego spaceru?
Kolory i zapachy: Mijaliśmy małe, lokalne sklepiki, przydomowe kapliczki (zarówno hinduistyczne, mieniące się barwami, jak i chrześcijańskie) oraz stoiska z warzywami i egzotycznymi owocami. W powietrzu unosił się zapach przypraw i dojrzałych w słońcu mango.
Niezwykła gościnność: Mieszkańcy Mauritiusa są niesamowicie otwarci i uśmiechnięci. Choć byliśmy tam jednymi z niewielu turystów spacerujących po prostu ulicą, spotkaliśmy się wyłącznie z życzliwymi spojrzeniami i pozdrowieniami.
Lokalna architektura: Kontrast pomiędzy nowoczesnymi, luksusowymi hotelami na wybrzeżu a prostymi, skromnymi domami mieszkańców pokazuje prawdziwe, wielobarwne oblicze wyspy.
Chwila na lokalne smaki
Podczas spaceru nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności spróbowania czegoś z lokalnego stoiska street food. Styczeń na Mauritiusie to sezon na genialne, świeże ananasy – małe, niezwykle słodkie i soczyste, podawane często na patyku z odrobiną lokalnej przyprawy (mieszanki soli i chili, jeśli ktoś ma ochotę na mauretański klasyk!).
Taki prosty spacer pozwolił nam „nastroić się” na rytm wyspy. Wróciliśmy do naszego Emeraude Beach Attitude z poczuciem, że zaczynamy rozumieć, dlaczego Mauritius nazywany jest kulturowym tyglem.
Popołudniowy relaks na hotelowym leżaku, z widokiem na kołyszące się palmy, był idealnym podsumowaniem tego spokojnego, ale bardzo klimatycznego dnia.
Dzień 4: Wielka wyprawa na północ – gigantyczne lilie w Pamplemousses, gwarne Port Louis i kultowy przylądek
Po dniach spędzonych na leniwym odkrywaniu wschodniego wybrzeża, czwartego dnia przyszedł czas na dłuższą wycieczkę. Zaplanowaliśmy intensywny dzień, aby poznać historię, przyrodę i miejskie życie Mauritiusa. Ruszyliśmy na północ i zachód wyspy, a nasza trasa była pełna hitów, które po prostu trzeba zobaczyć, będąc w tym kraju.
Przystanek 1: Botaniczny raj w Pamplemousses
Naszym pierwszym celem był legendarny ogród botaniczny – Sir Seewoosagur Ramgoolam Botanical Garden w Pamplemousses. To jeden z najstarszych i najpiękniejszych ogrodów botanicznych na półkuli południowej, założony jeszcze w XVIII wieku.
Styczniowa pogoda (ciepło i wilgotno) sprawiła, że roślinność dosłownie eksplodowała zielenią. Największym przeżyciem było zobaczenie na własne oczy słynnego stawu z gigantycznymi liliami wodnymi (Victoria amazonica). Ich liście są tak ogromne i potężne, że wyglądają jak wielkie, pływające tace – niesamowite dzieło natury! Poza tym spacerowaliśmy alejami pełnymi baobabów, przypraw oraz kilkudziesięciu gatunków palm, w tym niesamowitej palmy wachlarzowej, która kwitnie tylko raz na kilkadziesiąt lat.
Przystanek 2: Gwarne serce wyspy – Port Louis
Z ciszy ogrodu botanicznego przenieśliśmy się prosto w tętniący życiem, wielokulturowy kocioł, czyli do stolicy wyspy – Port Louis. To miasto to czysty miks nowoczesności z kolonialną historią.
Nasze kroki skierowaliśmy najpierw na nowoczesne, reprezentacyjne nabrzeże Caudan Waterfront, pełne sklepów i restauracji, gdzie nad głowami spacerowiczów wiszą setki kolorowych parasolek – idealne miejsce na pamiątkowe zdjęcie. Chwilę później zmieniliśmy klimat o 180 stopni, wchodząc na Central Market (główny targ). To tam bije prawdziwe serce miasta. Zapachy przypraw, hałas nawołujących sprzedawców, góry egzotycznych owoców i warzyw – coś niesamowitego! To był idealny moment, by spróbować tradycyjnego mauretańskiego napoju alouda (słodki napój mleczny z nasionami bazylii i agarem) na ochłodę w ten upalny, styczniowy dzień.
Przystanek 3: Północne krańce wyspy i Cap Malheureux
Na koniec dnia ruszyliśmy na sam północny cypel Mauritiusa. Przejeżdżając przez popularne, turystyczne Grand Baie, dotarliśmy do jednego z najbardziej fotogenicznych miejsc na całej wyspie – Cap Malheureux (Przylądek Nieszczęśliwy).
Nazwa brzmi mrocznie (odnosi się do licznych statków, które rozbijały się tu o barierę koralową), ale widok na żywo jest czystą poezją. To tutaj stoi słynny, rzymskokatolicki kościółek Notre-Dame Auxiliatrice z charakterystycznym, jaskrawoczerwonym dachem. Kontrast pomiędzy intensywną czerwienią blachy, zielenią drzew, błękitem nieba i niesamowicie turkusową wodą oceanu, w której majaczy majestatyczna wyspa Coin de Mire, dosłownie rzuca na kolana.
Do naszego Emeraude Beach Attitude wróciliśmy wieczorem, padnięci, ale z kartami pamięci pełnymi genialnych ujęć. To był dzień pełen skrajnych emocji – od absolutnego spokoju natury, przez gwar stolicy, aż po pocztówkowe widoki na północy.
Dzień 5: Rajski rejs katamaranem na Île aux Cerfs, langusty i… filmowa pogoń na środku oceanu za 120 zł!
Piąty dzień przyniósł nam to, co na wyspach najlepsze – całodniowy, leniwy rejs katamaranem po Oceanie Indyjskim. Naszym celem była legendarna wyspa Île aux Cerfs, uznawana za jedną z największych atrakcji Mauritiusa.
Zanim jednak przejdziemy do widoków i przygód, musimy zatrzymać się przy jednej kwestii: cenie. W styczniu 2020 roku za całą tę całodniową imprezę – rejs wypasionym katamaranem, napoje bez limitu, pełny obiad z owocami morza oraz dawkę adrenaliny – zapłaciliśmy 120 zł za osobę! Z perspektywy czasu brzmi to jak absolutne science-fiction.
Jak wyglądał ten genialny i pełen zwrotów akcji dzień?
Wiatr w żaglach i chillout na pokładzie
Wypłynęliśmy rano, a styczeń po raz kolejny podarował nam bezbłędną, słoneczną pogodę. Ciepły wiatr, grająca w tle lokalna muzyka i napoje serwowane przez niesamowicie pozytywną mauretańską załogę od razu wprawiły wszystkich w doskonały nastrój.
Katamaran sunął po gładkiej jak tafla szkła lagunie, mijając zróżnicowane odcienie turkusu i błękitu. Po drodze zaliczyliśmy krótki przystanek na snurkowanie przy barierze koralowej oraz podpłynęliśmy w pobliże malowniczego wodospadu Grand River South East, gdzie rzeka wpada wprost do oceanu.
Parasailing na środku oceanu i akcja jak z filmu!
W trakcie rejsu czekała na nas dodatkowa, niesamowita atrakcja – parasailing, czyli lot spadochronem ciągniętym przez motorówkę.
Wyobraźcie sobie to: przypinają Was do uprzęży, motorówka rusza z kopyta, a Wy wznosicie się wysoko w górę, prosto ze środka otwartego oceanu! Widok z góry na całą mauretańską lagunę, barierę koralową i odcienie wody dosłownie odbierał mowę.
Prawdziwa zabawa zaczęła się jednak dopiero po wylądowaniu. Kiedy nasza motorówka odczepiła spadochron, okazało się, że… nasz katamaran nie czekał w miejscu, tylko płynął już dalej swoim kursem! Co było robić? Sternik dał pełen gaz i zaczęła się prawdziwa pogoń za odpływającym katamaranem na pełnej prędkości, z rozbijającymi się o burtę falami. Emocje były niesamowite, a załoga i reszta pasażerów witała nas na pokładzie głośnymi wiwatami!
Królewska uczta na wodzie: Langusty w roli głównej
Po takiej dawce adrenaliny apetyty dopisywały jak nigdy. Na szczęście na pokładzie palił się już grill zamontowany bezpośrednio na rufie. Zapach pieczonych specjałów unosił się nad wodą na kilometry.
Na nasze talerze trafiły świeżo złowione, idealnie zgrillowane langusty. Mięso było delikatne, soczyste i smakowało obłędnie w połączeniu z lokalnymi sosami. Jeść taki obiad, siedząc na siatce katamaranu i patrząc na bezkresny, lazurowy ocean – to jeden z tych momentów, dla których się podróżuje.
Île aux Cerfs – wyspa jak z pocztówki
Po obfitym posiłku załoga wysadziła nas na Île aux Cerfs (Wyspie Jeleni). To miejsce to czysta kwintesencja tropikalnego raju:
Mielizny i laguny: Woda jest tu tak płytka i przejrzysta, że można spacerować setki metrów od brzegu, brodząc po kolana w ciepłym oceanie.
Biały piasek: Kontrastujący z soczystą zielenią lasów namorzynowych i palm.
Spędziliśmy tam kilka godzin na absolutnym lenistwie i spacerach. Do naszego hotelu Emeraude Beach Attitude wróciliśmy pod wieczór – opaleni, zrelaksowani i z poczuciem, że zrobiliśmy najlepszy interes życia, przeżywając przygodę w stylu Jamesa Bonda za grosze.
Dzień 6: Plażowy reset i wieczorna impreza, czyli jak zostaliśmy barmanami na Mauritiusie
Po genialnym, ale bardzo intensywnym rejsie katamaranem i pogoni na oceanie, szósty dzień postanowiliśmy spędzić w wersji slow. Styczniowe słońce od samego rana grzało bezlitośnie, więc plan był prosty: plaża, ocean, zimne drinki i święty spokój.
Nikt z nas się jednak nie spodziewał, że ten leniwy dzień zakończy się jedną z najbardziej pamiętnych i luźnych imprez tego wyjazdu!
Ładowanie baterii na Belle Mare
Cały dzień upłynął nam pod znakiem totalnego relaksu. Plaża Belle Mare po raz kolejny udowodniła, że jest idealnym miejscem na ucieczkę od europejskiej zimy.
Większość dnia spędziliśmy na:
Broczeniu w ciepłej jak woda w wannie lagunie.
Czytaniu książek w cieniu drzew kazurynowych.
Podjadaniu świeżych, soczystych owoców od lokalnych sprzedawców.
W hotelu Emeraude Beach Attitude czas płynie inaczej – nikt nigdzie się nie spieszy, a kameralna atmosfera sprawia, że człowiek błyskawicznie zapomina o całym świecie. Po powrocie do pokoju i zmyciu z siebie morskiej soli, poczuliśmy, że jesteśmy w pełni zregenerowani i gotowi na wieczór.
Wieczór w barze: „Sami polewamy!”
Prawdziwy hit tego dnia zaczął się po kolacji. Przenieśliśmy się do hotelowego baru, który w Emeraude Beach Attitude miał niesamowicie otwarty, wręcz domowy klimat. To idealnie wpisywało się w filozofię hotelu (Otentik Attitude), która stawia na autentyczność i skracanie dystansu.
W pewnym momencie atmosfera zrobiła się tak luźna, a integracja z genialną mauretańską obsługą i innymi gośćmi tak dobra, że… bariera pomiędzy barmanem a klientem kompletnie znikała.
W pewnym momencie barmani po prostu wpuścili nas za ladę! Dostaliśmy pełne przyzwolenie i sami zaczęliśmy polewać sobie i innym zimne, lokalne piwo prosto z nalewaka.
Możecie sobie wyobrazić, jaką frajdę ma ekipa podróżników, mogąc stanąć za barem w tropikalnym resorcie na środku Oceanu Indyjskiego. Śmiechom, rozmowom i toastom nie było końca. Rozmawialiśmy z lokalną obsługą o życiu na wyspie, uczyliśmy ich polskiech słówek, a oni nas mauretańskiego luzu.
To był idealny przykład na to, że najlepsze wspomnienia z podróży to nie tylko piękne widoki, ale przede wszystkim ludzie i takie nieszablonowe, pełne humoru sytuacje. Do pokojów wracaliśmy w wyśmienitych nastrojach, nucąc lokalne hity.
Dzień 7: Plaża i kulinarny zaszczyt – kolacja w domu mauretańskiego kucharza!
Siódmy dzień naszego pobytu w Emeraude Beach Attitude zapowiadał się jak kolejny, klasyczny dzień w raju – trochę słońca, trochę lenistwa na plaży Belle Mare. Jednak to, co wydarzyło się podczas porannego śniadania, całkowicie zmieniło bieg tego dnia i dostarczyło nam wspomnień, które będziemy pielęgnować przez całe życie.
Niespodzianka przy śniadaniu: Zaproszenie, którego się nie odmawia
Siedząc rano przy kawie, zostaliśmy niespodziewanie wytypowani przez obsługę i otrzymaliśmy oficjalne zaproszenie na wyjątkowe wydarzenie. Chodziło o wspomnianą już wcześniej, elitarną formułę Otentik Dinner. Hotel co jakiś czas wybiera zaledwie kilku gości, aby dać im szansę zjedzenia kolacji poza resortem – bezpośrednio w domu jednego z pracowników.
Nasze szczęście było podwójne: nie dość, że zostaliśmy wybrani, to gospodarzem wieczoru miał być jeden z hotelowych kucharzy! Wiedzieliśmy, że to nie będzie zwykły posiłek. To miała być kulinarna uczta w najczystszym, domowym wydaniu.
Zanim jednak nastał wieczór, spędziliśmy cudowne, spokojne godziny na plaży, ładując baterie i odliczając minuty do tej wyjątkowej wizyty.
W gościnie u mistrza: Prawdziwy Mauritius bez filtra
Wieczorem, w grupie kilkunastu osób z różnych zakątków świata, opuściliśmy teren hotelu i ruszyliśmy do prywatnego domu naszego gospodarza. Przekraczając próg, od razu poczuliśmy się jak członkowie rodziny. Zapach przypraw, który unosił się w powietrzu, momentalnie rozbudził nasze apetyty.
Gościć u zawodowego kucharza w jego prywatnym królestwie to absolutny kosmos. Zobaczyliśmy kuchnię mauretańską od kuchni – bez hotelowego zadęcia, przygotowaną z sercem i według tradycyjnych receptur przekazywanych z pokolenia na pokolenie.
Na stole wjechały absolutne klasyki w najlepszym wydaniu:
Prawdziwe, aromatyczne curry – idealnie zbalansowane, z głębokim smakiem, jakiego nie da się odtworzyć w masowej kuchni restauracyjnej.
Ciepłe placki roti i farata – zdejmowane prosto z patelni, idealne do zbierania pysznego sosu.
Lokalne dodatki i chutney – ostre, wyraziste i pełne świeżych ziół.
Coś więcej niż jedzenie
Najpiękniejsze w tym wieczorze było jednak to, co działo się między kęsami. Siedząc przy jednym stole w kilkanaście osób, rozmawialiśmy z kucharzem i jego rodziną o ich codziennym życiu, kulturze Mauritiusa, tradycjach i o tym, jak styczeń 2020 roku wygląda z ich perspektywy.
To niesamowite, jak jedzenie potrafi łączyć ludzi. Choć pochodziliśmy z różnych krajów i kultur, przy tym mauretańskim stole, dzieląc się domowym posiłkiem, wszyscy rozmawialiśmy jak starzy znajomi. Do hotelu wróciliśmy nie tylko przejedzeni do granic możliwości, ale przede wszystkim bogatsi o autentyczne, ludzkie doświadczenie, którego nie kupi się w żadnym biurze podróży.
Dzień 8: Słodkie lenistwo, czyli plaża, basen i wieczorne odliczanie przy drinku
Po wczorajszej, niesamowitej i pełnej emocji kolacji w domu mauretańskiego kucharza, ósmy dzień przyniósł nam dokładnie to, po co człowiek ucieka w styczniu na drugi koniec świata: totalny, niczym niezmącony reset. Zero planów, zero budzików, zero pośpiechu. Tylko my, słońce i idealnie zaplanowany hotelowy chillout.
Poranek na Belle Mare: Nasz ulubiony fragment raju
Dzień zaczęliśmy od niespiesznego śniadania, po którym od razu skierowaliśmy swoje kroki na plażę Belle Mare. Po ośmiu dniach znaliśmy już niemal każde drzewo kazuarynowe dające upragniony cień.
Poranny rozruch w oceanie: Woda w styczniu miała temperaturę, która wręcz zniechęcała do wychodzenia na brzeg. Spędziliśmy długie minuty, po prostu dryfując na spokojnej, turkusowej lagunie i gapiąc się w bezchmurne niebo.
Spacer po piasku: Krótki spacer brzegiem morza pozwolił nam spalić chociaż ułamek pyszności z wczorajszej kolacji. Plaża wciąż urzekała nas tym samym – brakiem masowego tłumu i niesamowitym, naturalnym pięknem.
Popołudniowa zmiana scenerii: Hotelowy basen
Koło południa, kiedy styczniowe słońce na Mauritiusie zaczęło grzać najmocniej, przenieśliśmy się w bardziej kameralne otoczenie – nad hotelowy basen w Emeraude Beach Attitude.
Architektura tego hotelu, z krytymi strzechą dachami i wszechobecną, soczystą zielenią, tworzy wokół basenu niesamowity azyl. Leżąc na leżaku z widokiem na kołyszące się palmy, można w stu procentach wejść w stan totalnego relaksu.
Popołudnie upłynęło nam na leniwym przechodzeniu między chłodną wodą basenu a wygodnym materacem. W międzyczasie testowaliśmy lokalne, orzeźwiające przekąski, które idealnie wpisywały się w gorący klimat wyspy.
Wieczorne odliczanie: Drinki pod gwiazdami
Wieczór mógł zakończyć się tylko w jeden sposób – w naszym ulubionym hotelowym barze. Po pysznej kolacji zamówiliśmy kolorowe drinki na bazie słynnego mauretańskiego rumu (który w tamtejszym klimacie smakuje po prostu najlepiej na świecie) i usiedliśmy w otwartej przestrzeni lobby.
Ciepły, styczniowy wieczór, delikatny szum wiatru w liściach palm i sącząca się w tle cicha muzyka stworzyły klimat, z którego nie chciało się uciekać do pokoju. Rozmawiając o minionych dniach i planując kolejne przygody, po raz kolejny utwierdziliśmy się w przekonaniu, że ten kameralny hotel był strzałem w dziesiątkę.
Dzień 9: Kolorowe szaleństwo na targu we Flacq i popołudniowy reset na plaży
Dziewiątego dnia postanowiliśmy połączyć dwie rzeczy, które na Mauritiusie lubimy najbardziej: autentyczny, lokalny klimat oraz święty spokój na rajskiej plaży. Rano wybraliśmy się do pobliskiego miasta Centre de Flacq, gdzie odbywa się największy i najbardziej znany targ na wschodnim wybrzeżu wyspy.
Targ we Flacq: Kulturowy i zakupowy kocioł
Jeśli chcecie zobaczyć, jak wygląda prawdziwy, mauretański handel bez turystycznego lukru, Flacq Market to punkt obowiązkowy. Styczeń to czas, kiedy stoiska wręcz uginają się od świeżych towarów, a wysoka temperatura potęguje intensywność wszystkich zapachów.
Gdy tylko weszliśmy na teren targu, uderzyła w nas fala kolorów, dźwięków i aromatów:
Egzotyczne owoce i warzywa: Góry małych, słodkich ananasów, soczyste mango, gigantyczne pęczki kolendry, nieznane nam wcześniej lokalne bulwy i cała masa piekielnie ostrych papryczek chili.
Tkaniny i pamiątki: Połowa targu to królestwo ubrań, kolorowych indyjskich sari, przypraw pakowanych w ozdobne torebki oraz lokalnego rękodzieła.
Przeciskanie się przez gwarne alejki, obserwowanie targujących się mieszkańców i wsłuchiwanie się w miks języków kreolskiego i hindi było niesamowitym doświadczeniem. Oczywiście nie wróciliśmy z pustymi rękami – torby szybko zapełniły się aromatyczną, mauretańską wanilią, herbatą Bois Chéri i zapasem lokalnych przypraw, które zamierzaliśmy zabrać do Polski.
Popołudniowy azyl na Belle Mare
Po kilku godzinach spędzonych w gwarnym i gorącym centrum Flacq, powrót do naszego spokojnego Belle Mare był jak przejście do innego świata. Zrzuciliśmy zakupy w pokoju Emeraude Beach Attitude, wskoczyliśmy w stroje kąpielowe i natychmiast ruszyliśmy na plażę.
Popołudnie upłynęło nam na totalnym lenistwie. Po intensywnym poranku na targu, szum Oceanu Indyjskiego i chłodny cień drzew kazuarynowych smakowały podwójnie dobrze. Brodziliśmy w turkusowej lagunie, zajadając kupione parę godzin wcześniej, idealnie dojrzałe owoce. To był dzień idealnych kontrastów – od miejskiego, kolorowego chaosu po absolutny, pocztówkowy spokój.
Dzień 10: Magiczne południe – Ziemia Siedmiu Kolorów w Chamarel i dzika natura wyspy
Dziesiątego dnia naszego mauretańskiego stycznia 2020 roku ponownie spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy na dłuższą wycieczkę. Tym razem naszym celem było południe i południowy zachód wyspy – region zupełnie inny niż nasze piaszczyste, spokojne Belle Mare. Południe Mauritiusa to kraina wygasłych wulkanów, gęstych lasów tropikalnych, spektakularnych wodospadów i niesamowitych formacji geologicznych.
Chamarel: Cud natury mieniący się w słońcu
Głównym punktem dnia była wizyta w należącym do prywatnej posiadłości parku Chamarel. To właśnie tutaj znajduje się jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Mauritiusa – Ziemia Siedmiu Kolorów (Seven Coloured Earths).
Geologiczny fenomen: Na stosunkowo niewielkim obszarze, pośród gęstej zieleni, roztaczają się pofalowane wydmy z ziemi, która mieni się odcieniami czerwieni, fioletu, różu, brązu i błękitu. Te wulkaniczne popioły bogate w związki żelaza i glinu nigdy ze sobą się nie mieszają – nawet po ulewnych deszczach! W styczniowym, ostrym słońcu kolory wyglądały niesamowicie, tworząc surrealistyczny, wręcz marsjański krajobraz.
Wodospad Chamarel: Tuż obok wejścia na wydmy zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym na wodospad Chamarel. Woda z rzeki St. Denis spada tu z pionowego, bazaltowego klifu z wysokości blisko 100 metrów, pośród gęstej, tropikalnej dżungli. Huk i widok robiły piorunujące wrażenie.
Spotkanie z gigantami: Na terenie parku mieliśmy też okazję zobaczyć zagrodę z gigantycznymi żółwiami z Seszeli (żółwie olbrzymie), które dożywają nawet ponad 150 lat!
Dziki i wulkaniczny krajobraz południa
Z Chamarel ruszyliśmy dalej, eksplorując kręte, górskie drogi południowej części wyspy. Krajobraz tutaj potrafi zachwycić surowością:
Park Narodowy Black River Gorges: Zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym, skąd roztaczał się spektakularny widok na bezkresne, zielone wąwozy ciągnące się aż do samego oceanu. W styczniu zieleń była tam niesamowicie soczysta.
Święte jezioro Grand Bassin (Ganga Talao): Odwiedziliśmy ukryte w kraterze wygasłego wulkanu jezioro, które dla mauretańskich hinduistów jest miejscem świętym. Nad całym kompleksem góruje gigantyczny, 33-metrowy posąg boga Sziwy. Klimat tego miejsca, z unoszącym się zapachem kadzideł i biegającymi dookoła dzikimi małpami, był magiczny.
Do naszego kameralnego Emeraude Beach Attitude wróciliśmy późnym popołudniem. Po całym dniu spędzonym w górzystym i zielonym sercu wyspy, widok naszej spokojnej laguny w Belle Mare był idealnym domknięciem tego pełnego wrażeń dnia. Mauritius po raz kolejny udowodnił, że na tak małej powierzchni kryje nieskończoną liczbę niespodzianek.
Dzień 11: Sąsiedzka wizyta, czyli spacer plażą do luksusowego LUX* Belle Mare
Po intensywnej, wczorajszej wyprawie na górzyste i dzikie południe wyspy, jedenastego dnia wróciliśmy do naszego ulubionego, niespiesznego rytmu. Styczniowe popołudnie było wręcz stworzone do tego, aby zrzucić buty i ruszyć przed siebie brzegiem oceanu. Nasz cel? Spacer plażą w kierunku południowym, aby rzucić okiem na jednego z najbardziej ekskluzywnych sąsiadów w okolicy – legendarny, pięciogwiazdkowy hotel LUX Belle Mare*.
Kilometry raju pod stopami
Spacer wzdłuż plaży Belle Mare to czysta przyjemność, która nigdy się nie nudzi. Idąc po drobniutkim, białym piasku, co chwilę chłodziliśmy stopy w niesamowicie przejrzystej i ciepłej wodzie laguny.
Co ciekawe, na Mauritiusie wszystkie plaże są publiczne – oznacza to, że można swobodnie spacerować brzegiem morza, mijając nawet najbardziej luksusowe i najdroższe resorty świata. A LUX* Belle Mare zdecydowanie się do nich zalicza.
Poczucie przestrzeni: Im bliżej byliśmy terenu LUX-a, tym bardziej zachwycała nas tamtejsza infrastruktura wkomponowana w naturę.
Kontrasty wyspy: Porównując nasz kameralny, rustykalny i bardzo domowy Emeraude Beach Attitude z nowoczesnym, designerskim i pełnym przepychu LUX-em, doszliśmy do wniosku, że oba te miejsca mają swój unikalny urok. Nasz hotel wygrywał bezpośredniością i autentycznym klimatem, podczas gdy sąsiad oszałamiał luksusową architekturą i nienagannie przystrzyżonymi palmami.
Popołudniowy chillout i powrót do bazy
Samo podziwianie tych ekskluzywnych stref wypoczynkowych, hamaków rozwieszonych nad samą wodą i eleganckich barów na plaży było świetnym urozmaiceniem dnia. Usiedliśmy na chwilę w cieniu drzew kazuarynowych niedaleko terenu resortu, po prostu gapiąc się na kołyszące się na falach łódki i ciesząc się tym uciekającym, styczniowym czasem.
Do naszego hotelu wróciliśmy późnym popołudniem, akurat w sam raz na popołudniową kawę i tradycyjne, mauretańskie naleśniki w naszej strefie relaksu. Ten dzień pokazał nam, że w Belle Mare nie trzeba daleko szukać, by znaleźć widoki jak z luksusowych katalogów biur podróży – wystarczy krótki spacer wzdłuż brzegu.